*Perpektywa James'a*
Gdy otwierałem kopertę byłem pewny, co w niej znajdę. To chyba oczywiste. Michael mianuje mnie szefem mafii. Idealnie nadaję się do tej roli. Jestem inteligentny, zwinny i silny. Sprawdzenie co jest tam napisane to tylko formalność.
Oderwałem górną część koperty i wyjąłem z niej złożoną na pół kartkę. Jednak zdziwiłem się, kiedy z koperty wyleciał jeszcze jeden papier. Spojrzałem na niego i dopiero wtedy zorientowałem się, że Michael napisał dwa listy. Jeden z nich był do mnie, a drugi do Hope. Odłożyłem ten zaadresowany do mojej siostry na szafkę obok łóżka i zacząłem czytać list do mnie.
"Kochany James'ie
piszę to, ponieważ zdaję sobie sprawę, że jestem zagrożony, pozycja szefa mafii nie jest bezpieczną posadą. Pomimo tego, wiem, że chciałbyś dowodzić po mojej śmierci. Niestety, uważam że jesteś na to za młody, a zarazem mało odpowiedzialny i niedoświadczony. Nie aż tak jak Hope. Nie miej mi tego za złe, rozumiem, że pewnie jesteś zły, ale nie mogę powierzyć ci tak ważnej roli. Uważam jednak, że Hope będzie korzystała z twoich rad i chętnie z twojej pomocy. Pamiętaj, że zawsze kochałem was tak samo, jak własne dzieci i jesteście dla mnie bardzo ważni."
Niżej widniał podpis naszego przybranego ojca, ale nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Jak on mógł tak postąpić? Przecież to ja jestem najlepszym kandydatem do roli szefa, a nie jakaś baba! Co on sobie myślał?! Zawsze faworyzował Hope, ale miałem nadzieję, że chociaż teraz pozwoli mi się wykazać, żeby ekipa w końcu zobaczyła, że jestem częścią nich, a nie tylko dodatkiem. Wiedziałem jedno, że muszę zrobić wszystko, żeby Hope nie dostała tej posady.
Sięgnąłem po list do siostry i, nawet go nie czytając, podarłem na małe kawałeczki i wrzuciłem do kosza. Mój list włożyłem między strony w "Opowieści o dwóch miastach" Dickensa, która stała na półce z książkami.
Wyszedłem z pokoju i wszedłem do jadalni, gdzie była Hope, czytając gazetę. Usiadłem na krześle naprzeciw niej i odchrząknąłem, a ona podniosła głowę.
- Czytałeś?- Spytała, odkładając gazetę i splatając palce pod brodą. Patrzyła na mnie w napięciu i z nadzieją. Często miała takie oczy. Nadzieja, to imię idealnie do niej pasowało. Hope nigdy jej nie traciła, nawet gdy nasi rodzice zginęli, przez kilka lat miała nadzieję. Że może żyją, gzieś się ukrywają. Ale kiedy dłużej o tym myślała stawała sie smutna, poważniejsza niż zwykle, pewnie przez to, że myśli o rodzicach, żyjących gdzieś bez nas, przyprawiały ją o depresję. To tak, jakby już nas nie kochali. Jakby nigdy nas nie chcieli. Ale przecież to nie była prawda. Rodzice nie żyli.
- Czytałem.- Wygodniej rozsiadłem się w krześle.
- I co? Tylko tyle chcesz mi powiedzieć?- Zdenerwowała się, teraz w jej oczach widac było złość.
- Proste pytanie, prosta odpowiedź.
- Jesteś kompletnym kretynem- westchnęła i położyła ręce na stole, zbliżając się do mnie lekko.- Co tam było? O czym pisał Michael?
- Chciał nas zawiadomić, że to ja zostaję szefem, ok? To wszystko, nic więcej.
- Dzięki Bogu- szepnęła, ukrywając twarz w dłoniach.
- No widzisz, wszyscy szczęśliwi. Głodny jestem- wstałem od stołu i zajrzałem do lodówki.
- Właśnie przeczytałeś testament swojego ojca i myślisz o jedzeniu?- W jej głosie słychac było niedowierzanie. Odwróciłem się gwałtownie.
- On nie był naszym ojcem- powiedziałem gniewnie.
- Ale był jak ojciec!- Wykrzyknęła i wyszła szybko z kuchni.
*Perspektywa Hope*
Ten idiota nic nie rozumie! To Michael nas wychowywał, a James sie zachowuje jakby to wogóle go nie obchodziło, jakby czekał na jego śmierć, tylko po to, żeby być szefem. Przynajmniej dobrze, że to nie ja zostałam wybrana do tej roli. Ale dlaczego James? Jest nieodpowiedzialny!Ale teraz to nie mój problem... Teraz mogę zająć się sobą, rozpocząć nowe życie, bez strachu, że coś mi się stanie. Z takimi myślami błąkałam się po domu i nie wiedziałam co z sobą zrobić. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Chloé, jedynej osoby, oprócz Michaela, której zaufałam.
- Cześć, co tam? - Usłyszałam w słuchawce miły, ale stanowczy głos, z zanikającym już francuskim akcentem. Od razu zrobiło mi się lepiej.
- Musimy pogadać, przyjdziesz? - Spytałam z nadzieją w głosie.
- Pewnie, jesteś w domu?- nawet przez telefon słyszałam że wstała z łóżka i zajrzała do skrzypiącej szafy, w poszukiwaniu ubrania.
- Tak. - Odpowiedziałam i rozłączyłam się. Teraz słowo " dom " nie pasowało do tego miejsca. Domem było mieszkanie w którym byłam z rodzicami. Domem było miejsce w którym mieszkał Michael. Domem było dla miejsce, gdzie byli moi bliscy, ci, których kochałam. Ale po śmierci Michaela już nie mam kogoś, kogo kocham. Nie mam już takiej osoby. James mnie nienawidzi, zresztą z wzajemnością, a domem zawsze było dla mnie miejsce u boku kochanych osób. Gdzie teraz jest dom? Skąd mam wiedzieć? Może tu, może u Chloé, może gdzieś na drugiej półkuli! A może już nie ma dla mnie domu.
Skoro go nie ma, muszę go sama stworzyć. I dlatego cieszę się, że Michael nie wybrał mnie. Mogę stworzyć dla siebie dom, ale na pewno z dala od mafii. To zbyt niebezpieczne, już nie chcę być częścią tego świata. Z takimi myślami błąkałam się po domu i nie wiedziałam co z sobą zrobić.
Zadzwonił dzwonek a ja szybko zbiegłam po schodach żeby otworzyć przyjaciółce, ale gdy zeszłam ona już zdejmowała buty a obok niej stał mój brat, prowadząc z nią, najwyraźniej przyjemną, pogawędkę. Co za tupet! Najpierw się ze mną kłóci a później zabawia moją koleżankę.
-Wypad stąd, na góre, już!- Odezwałam się do niego, a on oparł się o ścianę i skrzyżował ręce na piersi.
- Nie możesz mi rozkazywać. To ja tu rządzę.
- Może ekipą, ale pamiętaj że jesteś pod MOJĄ opieką prawną- przypomniałam mu.
- Na szczęście już niedługo.- Jego twarz się sposępniała, jakbym wytknęła mu dawny błąd o którym chciał zapomnieć, a nie to, że jest młodszy.
- No, spadaj już, nie chce mi się na ciebie patrzeć- wywróciłam oczami, ale jakże mógłby wypełnić chociaż jedno moje polecenie! Michael zdecydowanie go rozpuścił.
- Zazdrościsz mi- mruknął, ale nawet nie spojrzał mi w oczy.
Ale to wystarczyło żeby mnie zdenerwować jeszcze bardziej.
- Niby czego? Krzywego nosa czy wielkich uszu?- Nie dałam po sobie poznać, że wytrącił mnie z równowagi.
- Tego, że Michael wybrał mnie, a nie ciebie na szefa.
- Dobrze wiesz, że nie chciałam nim być!- Wykrzyknęłam.
- Wiem, że zawsze chciałaś być ode mnie lepsza, a teraz ci się nie udało! - Odszedł od ściany i podszedł bliżej mnie. Teraz gdybym wyciągnęła rękę bez trudu bym go dotknęła. Nawet uderzyła.
- To ty zawsze każdemu imponowałeś, to ciebie Michael faworyzował, jesteś niewdzięcznym, rozpuszczonym, chamskim...- wymieniałabym tak dalej, gdyby Chloé, która do tej pory przyglądała się temu w ciszy, nie pociągnęła mnie za rękę i nie powiedziała:
- Skończ to już, zawsze musisz mieć ostatnie słowo? Chodźmy do twojego pokoju.- Jej ton był teraz łagodny i delikatny, ale, jak zwykle, nie zniknęła z niego stanowczość. Ruszyłam za nią po schodach, zostawiając James'a w przedpokoju bez słowa. On też się nie odezwał.
Nawet fajnie.
OdpowiedzUsuńTylko, że niw wiem jak inni, ale ja czytając to się trochę pogmatwałam. Pogubiłam się ale tak to wszystko okej :)
Weny i czekam na nexta